31 grudnia 2008

Nowy layout Chwalipięty

Dzisiaj stała się rzecz od dawne przeze mnie przygotowywana. Portal dla Chwalipięt zyskał całkiem nowy wizerunek. Prace nad nowym wizerunkiem trwały kilkanaście dni, ale opłaciło się. Teraz Chwalipięta nawet mi się podoba. Od razu idąc za ciosem zrobiłem userbara i bandery reklamowe. Całość zamieszczam poniżej do wglądu.


Nowy Layotu

Banner reklamowy

UserBar

30 grudnia 2008

Netbookowa dziura i W7

Od kilku dni po torrentach krąży alfa Windowsa 7, która to jakoby wyciekła z Microsoftu.
Jasne.
A może raczej została wylana żeby zatopić systemy, które chętnie by zalepiły netbookową dziurę, do której po wstrzymaniu sprzedaży XP Microsoft nie miał by jak wejść.
No bo chyba nie z tym molochem Vistą, która zjada zasoby takiego netbooka przed otwarciem klapki.

Takie jest moje zdanie i pewnie nie tylko moje, bo dziwnym zbiegiem okoliczności zbiegło się to z okresem wycofania ze sprzedaży XP (co prawda za miesiąc, ale miesiąc to dobry czas na testy nowego systemu i to przez użytkownika końcowego).
I właśnie to ich działanie tak bardzo przypomina wydawanie kolejnych alf Ubuntu czy innych linuksów. Kiedy to użytkownicy mogą testować i zgłaszać znalezione błędy.

Nie ma to jak betatesterzy z całego świata…

Dowcip z górnej półki (8)

Rozmawia dwóch dziadków:
- Ja to już seksu nie uprawiam
- A ja to jeszcze raz w tygodniu mogę....
- Jak to możliwe?! Przecież jesteś ode mnie dwa lata starszy?!
- No wiesz, jem cały czas ciemne pieczywo i to pomaga
- Nic o tym nie wiedziałem! Nikt mi nie powiedział!
Tego samego dnia poszedł dziadek do sklepu i poprosił ekspedientkę o ciemne pieczywo
- Krojone czy w całości?
- A jaka to różnica?
- No wie pan, krojone to szybciej twardnieje....
- Kurwa, wszyscy wiedzieli...

23 grudnia 2008

Jestem chwalipiętą

W końcu zabrałem się porządnie za portal. Zarówno od strony technicznej, graficznej jak i marketingowej. Zmodyfikowałem trochę wygląd wizytówek na stronie głównej. okroiłem je z opisu.
Dodałem kategorie na stronę główną i wrzuciłem również ostatnie komentarze. Poza tym jest jeszcze dużo do zrobienia, ale teraz zaczęło mi się coraz bardziej chcieć. Bo najwyższy czas w końcu ruszyć z kopyta.
Aha no i niedługo pojawi się nowy layout, bo ten już się troszkę zestarzał i śmierdzi stęchlizną.

Tak czy siak zapraszam już teraz.


22 grudnia 2008

Licznik kliknięć

Prosty licznik kliknięć, który można zastosować do dowolnego linku.

Licznik Kliknięć

$plik = 'licz';
$count = @file($plik.'.txt');
$count=chop($count[0])+1;
$file = @fopen($plik.'.txt','w');
@fwrite($file,$count);
@fclose($file);
header("Location: http://".$_GET['u...rl']);
?>



wyświetlanie ilości kliknięć

$licznik = file_get_contents(BASEDIR."licz.txt");
echo $licznik;


Źródło: www.php-fusion.pl

Dowcip z górnej półki (7)

Przychodzi facet do sex shopu i szuka dmuchanej lali. Szuka długo,
sprawdza różne parametry, usta, oczy, nos, włosy. Wreszcie znajduje, niesie do ekspedientki i prosi, by zapakować.
- Może pani jeszcze sprawdzić datę produkcji?
- 9 stycznia 2005 r.
- Oj to fatalnie - Koziorożec...

Tapeta na nowy tydzień (52)



Rozdzielczość: 1920 x 1200

15 grudnia 2008

Dowcip z górnej półki (6)

Pani Kowalska, żeby rozwód był z winy męża musimy na niego coś mieć.
Czy maż pije?
- Nie, skąd, jakby tylko spróbował to ja bym mu....!
- Czy nie daje pieniędzy?
- Nie, absolutnie, oddaje wszystko co do grosza...już by mi tylko
schował złotówkę to ja bym mu...
- A może bije Panią?
- K...wa , tylko by rękę podniósł, to ja bym go przez okno pogoniła...
- A co z wiernością?
- O! Tu go mamy! Drugie dziecko nie jest jego !

Tapeta na nowy tydzień (51)


Rozdzielczość 1600 x 1000

8 grudnia 2008

Dowcip z górnej półki (5)

Znudzony Neron przygotowywuje plan igrzysk.
_No dobra, ale ja już mam tego dość.... wszystko już było... co ja mam zrobić
żeby było ciekwie... znów ci gladiotorzy, znów dzikie zwierzęta... ile tak
można?
W tym momwencie odzywa się stojący w kącie kapitan gwardii Pretorian, Maximus.
-To może ja podpowiem - rzecze skromnie i z cicha.
-Mów, Maximusie.
_Otóż może by tak...100 dziewic chrześcijańskich do słupów uwiązać, i jeden
sprawny legionista pozbawiłby je dziewictwa ku radości ludu?
-Ach, Maximusie!Coż za pomysł wspaniały! Lecz któż byłby w stanie podjąć się
tak trudnego zadania?
Maximus, skromnie się uśmiechnąwszy - no, ja bym się podjął.
Nastały igrzyska.
Sto dziewic, nagich lecz z wieńcami kwiatów na czołach, przywiązano do słupów
na srodku areny.
Lud wiwatuje.
Na arenę wychodzi Maximus. Jest prawie nagi. Słońce odbija się w kroplach potu
na jego czole, ciało wysmarowane oliwką. I te sandały!
Lud rzymski wiwatuje: Maximus, Maximus!
Pierwsza, druga, trzecia...
Maximus uśmiecha się zwycięsko. Słońce odbija się w kroplach potu
na jego czole, ciało wysmarowane oliwką. I te sandały!
Czwarta, piąta, i już dzisiąta...
Lud wiwatuje :Maximus! Maximus!
Jedenasta, piętnasta, dwudziesta...
Słońce odbija się w kroplach potu
na jego czole, ciało wysmarowane oliwką. I te sandały!
TRzydziesta, czterdziesta...
Maximus jakby się zmęczył, lecz lud wiwatuje :Maximus, Maximus!
Pięćdziesiąta, sześdziesiąta, siedemdziesiąta...
Słońce odbija się w kroplach potu
na jego czole, ciało wysmarowane oliwką. I te sandały!
Osiemdziesiąta... osiiemdziesiąta pierwsza...
Maximus wyraźnie jest już zmęczony.Słońce odbija się w w coraz większej ilości
kropel potu
na jego czole, ciało wysmarowane oliwką. I te sandały!
Dziewięćdziesiąta...
Lud wiwatuje: MAximus! Maximus!!
Dzewięćdziesiąta pierwsza... dziewięćdziesiąta druga...
Maximus bardzo zmęczony. Słońce odbija się w w coraz większej ilości kropel
potu na jego czole, ciało wysmarowane oliwką. I te sandały!
Dziewięćdziesiąta trzecia, dziewięćdziesiąta czwarta, dziewęćdziesiąta piąta....
Słońce odbija się w w coraz większej ilości kroplel potu
na jego czole, ciało wysmarowane oliwką. I te sandały!
Dziewięćdziesiąta szósta...
Maximus już ledwo zipie, lecz lud wiwatuje:Maximus!Maximus!
Dziewięćdziesiąta siódma...
Słońce odbija się w w coraz większej ilości kropel potu
na jego czole, ciało wysmarowane oliwką. I te sandały!
Dziewięćdziesiąta ósma...
Maximus na kolanach wlecze się do kolejnej, lecz lud wiwatuje:Maximus, Maximus!
Ledwo się podniosł....
dzie...więć...dzie...sią...ta...dzie..wią...ta....
Maximus próbuje wstać. Lecz nie wytrzymał. Padł.
A lud rzymski : Pe-dał! Pe-dał!!!!!

Tapeta na nowy tydzień (50)


Rozdzielczość: 1600 x 1000

3 grudnia 2008

gOS Cloud dla netbooków

Firma stojąca za systemem operacyjnym gOS, bazującą na Ubuntu dystrybucją Linuksa, uparcie promującą usługi Google, wydała gOS Cloud — system dla netbooków, który startuje jak błyskawica.

W notce o nieco tabloidalnym tytule gOS Cloud: System Google wyprzedza Windows, Paweł Iwaniuk pisze na Antywebie tak:

[gOS] jest uruchamiany przed startem Windows. Fakt ten może być nie bez znaczenia w przypadku, gdy dyskutujemy często o zaciekłej konkurencji między Google a Microsoft. W przypadku korzystania z netbooka, który w zamyśle jest urządzeniem przeznaczonym do serfowania po sieci oraz używania prostych aplikacji możliwe, że wielu użytkowników nie będzie odczuwało potrzeby kliknięcia przycisku “boot to Windows”. W takim wypadku, promowane będą aplikacje Google lub inne znane web apps.

gOS

gOS to nie pierwszy pomysł tego typu. Lekkiego, szybko uruchamiającego się Linuksa preinstaluje na laptopach Asus i Lenovo (nazywając go SplashTop), Hewlett-Packard (plotka i potwierdzenie) czy Dell (technologia ON). Czy firmie stojącej za Good OS — będącej notebene wzorem w dziedzinie promocji wolnego oprogramowania — uda się przebić? Przekonamy się już wkrótce, gdy premierę będzie miał pierwszy netbook z gOS firmy Gigabyte.

Źródło: OSnews.pl

Jak nie kupowac komputera.

Wszystkich tych, którzy planują kupić komputer zachęcam do zerknięcia tu
http://lajfmajster.pl/2008/12/01/jak-nie-kupowac-komputera
Można znaleźć tam kilka porad, które mogą was uchronić przed kupnem byle czego.
Polecam zwłaszcza osobom, które mają o komputerach średnie pojęcie.

Piękne fonty w Ubuntu

Lepiej późno, niż mieć nieciekawe fonty

Zbłądziłem. Przyznaję, być może rok temu zwróciłem uwagę na to, że Red Hatwyzwolone fonty, a może nie zwróciłem. W każdym bądźLiberation Fonts), ściągnąłem, skopiowałem, włączyłem nowe fonty i… Uwierzyłem.
Dramatyzuję? Niekoniecznie. Często stawiałem zarzut tematom GTK2, że są takie zamaszyste - zwykłe, proste okna potrafiły zająć mi pół i więcej ekranu w mojej rozdzielczości 1280×1024. Rozwlekłe widgety to jedno, a rozwlekłe fonty to drugie. Liberation Fonts udowodniły, że dzięki odpowiedniej czcionce można zyskać te pareset pikseli, mieć czcionki schludne, czytelne i takie miłe w oglądaniu. Naprawdę, polecam, jeśli ktoś cierpi na czcionkowstręt linuksowych standardów (Sans, Dejavu Sans, itp). Wyzwoleńcy występują w wersji Sans, Serif i Mono. I jeśli chodzi o pulpit, wystarczy.
umieścił w sieci swoje razie, bez tych fontów na moim pulpicie, to był rok niemal stracony. Niedawno obiła mi się ponownie ta nazwa o uszy (

Dla niewtajemniczonych zasady instalacji (po ściągnięciu paczki .tgz) - rozpakowujemy w np. katalog domowy, kopiujemy powstały katalog ‘liberation-fonts’ do /usr/share/fonts/truetype/ (potrzebne prawa roota - wymagane sudo (Ubuntu), lub zalogowanie się w terminalu jako root (Debian)).

Ja jestem zachwycony. O ile na Ubuntu 8.04 wszystko wygląda jak należy, o tyle na swoim stareńkim Debianie przekonałem się, że coś jednak na przestrzeni wieków zapaćkało mi się w paczkach/konfigach obsługujących fonty - hinting jest paskudny, co obliguje mnie do rozpatrzenia opcji wyczyszczenia partycji / i postawienia Sida na nowo.

Post Scriptum:

Takie są różnice w wyglądzie czcionek użytych na biurku (proszę zwrócić uwagę na zmiany w szerokości interfejsu):

Debian, DejaVu Sans (8):
dejavu_debian.png

Debian, Liberation Sans (8):
liberationsans_debian.png

Niestety, Liberation Sans, póki co na moim Debianie wyglądają słabo (Sid po przejściach). Jestem bliski do zaaplikowania bibliotek obsługujących fonty z Ubuntu (już kiedyś nawet to robiłem).

Ubuntu 8.04, DejaVu Sans (9):
ubuntu_dejavu.png

Ubuntu 8.04, Liberation Sans (9):
ubuntu_lib.png

Na Ubuntu wygląd fontów - jak dla mnie malinka.

Źródło: http://404.g-net.pl

1 grudnia 2008

Zabójcy i złodzieje cz VI

Martin pociągnął za łańcuszek i rozległ się odgłos dzwonka. po kilku chwilach przyszedł Greg i otworzył im furtkę.
- Dzisiaj nieczynne panie Martin - powiedział odźwierny - mamy jeszcze żałobę.
- Ja nie w tej sprawie - zadarł głowę do góry i popatrzył w smutną twarz Grega - chcemy z tobą porozmawiać.
- A o czym?
- Ale może nie w furtce - Kalif rozejrzał się po ulicy - możemy wejść na chwilę?
Greg pokiwał głową za znak, że mogą wejść. Zamknął za nimi furtkę i poszli w kierunku dworku.

Weszli do wielkiej kuchni. Na środku stał dość duży piec, nad nim na metalowym stelażu wisiały garnki, patelnie, rondle i inne sagany. Przy wejściu do kuchni stał wielki stół, przy którym na ogół siadała służba. Przy ścianach stały kredensy i półki z serwisami obiadowymi, kryształami i różnego rodzaju szkłem obiadowym. Podłoga wyłożona była białymi kaflami.
Usiedli przy wielkim stole. Greg przyniósł wino i kryształowe kieliszki.
- Słuchaj Greg - odezwał się Martin - wiesz może kto tego wieczoru był u Sakii?
Wielkolud popatrzył na Kalifa potem na Martina.
- Muszę sobie przypomnieć - zamyślił się.
Złodziej nalał wina do kieliszków.
- Napijmy się, może rozjaśnią się nam umysły - powiedział Martin.
Stuknęło szkło. Wypili wino.
- I co wielkoludzie, przypomniałeś sobie? - Martin popatrzył na Grega.
- Był u niej mężczyzna, przedstawił się jako Belius Treanix - popatrzył w sufit.
- Pamiętasz jak wyglądał? - zapytał Kalif.
- Miał dziwnie wąskie oczy i cienki wąsik, miał też dziwną bliznę na twarzy - popatrzył na blizną Kalifa - ale nie taką dużą jak twoja.
- Była trochę mniejsza - ciągnął dalej Greg - na lewym policzku, o kształcie półkola, wyglądało to tak jakby miał drugi uśmiech.
- Pewnie jak na ironie gość się nie uśmiechał - dorzucił Martin.
- Nie wiem, na co - odparł - ale faktycznie nie uśmiechał się.
- Widziałeś go już wcześniej? - Kalif drążył temat.
- Nie, nigdy.
- A jak był ubrany? - tym razem Martin postanowił się odezwać.
- A co to - łowca popatrzył na złodziej - konkurs piękności.
- Ty chyba z lasu jesteś - popatrzył z uśmiechem na Kalifa - jak będziemy wiedzieli jak był ubrany, to będziemy wiedzieli, w jakiej dzielnicy go szukać. Jeżeli był ubrany jak szmaciarz, to na pewno nie znajdziemy go w dzielnicy kupieckiej czy rządowej.
- Jednak masz, na czym czapkę nosić - dorzucił z uznaniem.
Martin popatrzył z wyższością na Kalifa.
- No więc Greg, jak był ubrany ten gość? - jeszcze raz zapytał Martin.
- Wyglądał na dzianego gościa - zapatrzył się na złodzieja - taki, co nie je byle, czego i byle, czego nie pije. Takich gogusiów można spotkać u nas w kupieckiej.
- Gdzie jest najlepsza gospoda w dzielnicy? - zapytał Martin.
- U Loony - odparł.
- Wiem gdzie to jest - powiedział Martin.
Wstali od stołu.
- No to na nas już czas - powiedział Kalif - dzięki Greg.
- Co ci się stało w rękę? - Greg popatrzył na złodzieja.
- Wypadek przy szlachtowaniu bydła - popatrzył na Klifa i uśmiechnął się.
- Trzymaj się wielkoludzie - rzucił przez ramię Martin.
- Do następnego razu - dodał Kalif.
Podeszli do furtki i wyszli na ulicę.
- Musimy zasięgnąć języka - powiedział Martin - miejmy nadzieje, że ktoś będzie coś wiedział.
- Też mam taką nadzieje - dodał łowca.

Późne popołudnie ustępowało drogi wczesnemu wieczorowi, kiedy szli ulicami Midgaru w dzielnicy kupieckiej. Domy, sklepy i karczmy wyglądały tu zupełnie inaczej niż w biedniejszych dzielnicach. Były jakby bardziej kolorowe. Murowane z czerwonej cegły i tynkowane kolorowymi tynkami kamienice przyciągały wzrok. Sklepy miały duże szklane okna, za którymi można było zobaczyć część towarów, oferowanych przez właścicieli. Karczmy, które mijali po drodze były większe niż w biedniejszych dzielnicach. Ulice były czyste i niemożliwością było spotkać tu jakiegoś żebraka. Co jakiś czas mijała ich straż miejska patrolująca dzielnice i pilnująca porządku. Przy ulicach stały wysokie latarnie.
Karczma "U Loony" była dość duża. Był to dwu piętrowy budynek. Na parterze znajdowała się jadalnia, a na piętrach pokoje do wynajęcia.
Weszli do środka.
W środku karczma prezentowała się okazale. Pomieszczenie było dość wysokie, trol mógłby się tu spokojnie wyprostować. Zamiast długich ław stały tu okrągłe dębowe, lakierowane stoły. Na ścianach wisiały niewielkie lampki, obrazy i oreż różnego rodzaju. podłoga zrobiona była z równo heblowanych desek pomalowanych jakąś bezbarwną farbą. Sufit pomalowany był na jasny kolor, i zwisało z niego kilka niewielkich żyrandoli.
Za drewnianym masywnym barem, pomalowanym na ciemny kolor, stał wysoki jegomość ulizany na prawą stronę. Za jegomościem na wielu półkach stały trunki w butelkach, butlach i antałkach. Było tego sporo. Po prawej od baru znajdowały się rzeźbione chody prowadzące na piętro. Klientów było niewielu, nieliczni siedzieli przy stolikach pili, jedli i rozmawiali.
Kalif z Martinem podeszli do baru.
- Uszanowanie - powiedział Martin na powitanie.
- Witam - odpowiedział Ulizany - czym mogę służyć?
- Dobre piwo - Martin popatrzył na antałek.
- Mamy tylko dobre piwo - odparł z wyższością - mamy także bardzo dobre piwo, ale pewnie nie na waszą kieszeń.
- Pewnie tak, dlatego weźmiemy to dobre - odparł Martin - bo jest dobre i tanie.
- Już podaje - wycedził przez zaciśnięte zęby.
- A tak przy okazji - dodał Kalif - szukamy gościa z dziwną blizną na policzku, blizna jest w kształcie uśmiechu, nazywa się on Belius Treanix.
- Nie znam nikogo takiego - odparł i zaczął wycierać szmatką kryształowe szklaneczki.
Zabrali piwo, odeszli od baru i usiedli przy stoliku w rogu.
- Musimy poczekać może się zjawi - powiedział Martin.
- Chyba nie mamy innego wyjścia.
Upili po małym łyku.
- Całkiem dobre to piwo - Kalif obtarł pianę z ust.
- Faktycznie nie zgorsze.
- Ten Ulizaniec coś wie, dam sobie głowę uciąć, że wie - powiedział Martin - znam się trochę na ludziach.
- Można się przysiąść? - zapytała postać podchodząc do stolika.
- Jasne, że nie można - odparł błyskawicznie złodziej.
Kalif odwrócił się i wstał.
- Serafin - uścisnął mu dłoń - jasne, że można. Wybacz mojemu kompanowi, ale nie mógł wiedzieć, że się znamy.
- To jest Martin mój dobry znajomy - popatrzył na złodzieja - a to jest Serafin.
Serafin był postawnym mężczyzną o krótko przystrzyżonych czarnych włosach.
Miał na sobie rozsznurowaną ciemną koszule i skórzane długie przedramienniki wysadzane żelaznymi ćwiekami. Nosił szeroki skórzany pas, przy którym miał przypięty miecz. Pas przytrzymywał też bryczesy z brązowego materiału.
Miał wysokie czarne buty z ochraniaczami na kolanach. W buty miał wciśnięte nogawki bryczesów.
- Witam i proszę o wybaczenie - powiedział Martin.
- Nie ma sprawy - odparł Serafin - co ci się stało w rękę?
- Jak to się mówi, gdzie drwa rembią tak drzazgi lecą - odpowiedział - dostałem rykoszetem.
Kalif uśmiechnął się.
- Siadajmy, napijmy się piwa - dodał Martin.
- Panie kochany - Serafin wstał i zawołał w stronę barmana - dobre piwo trzy razy.
- Już niosę - odpowiedział patrząc na Serafina.
- Co was tu sprowadza?
- Mamy sprawę do załatwienia - odparł Kalif - a właśnie, może będziesz mógł nam pomóc.
- Jeżeli będę mógł, to nie ma sprawy - odparł - w czym rzecz?
Kalif podejrzliwie rozejrzał się po karczmie.
- Ano szukamy pewnego człowieka - powiedział ściszonym głosem łowca.
- Nazywa się Belius Treanix i ma dziwną bliznę na twarzy - ciągnął Kalif szeptem - bliznę ma na policzku i ma kształt uśmiechu.
Serafin łyknął piwa i zamyślił się.
- Chyba wiem, o kogo chodzi - odparł po namyśle - ale nazywał to on się inaczej, jakoś Siriusz, Siliusz, coś koło tego.
- A pies srał jego miano - powiedział Kalif - gdzie można go znaleźć?
- Prawie, co wieczór tu przychodzi - odparł.
- O wilku mowa - odwrócił się do Kalifa - to ten co właśnie wszedł, stoi przy barze.
Kalif i Martin odwrócili się jak na zawołanie. Przy barze stał Siriusz czy Siliusz i rozmawiał z Ulizańcem, popatrzył na Kalifa i puścił się pędem na schody.
Kalif wyskoczył jak z procy, przewrócił stół z dobrym piwem, oblewając nim Martina i Serafina.
Sirusz wskoczył właśnie na schody, Kalif był kilka kroków za nim i przyśpieszał z każdą chwilą. Dobiegł do schodów, gość z blizną, był już na ostatnich stopniach, wyskoczył i skręcił w korytarz. Kalif biegł jak opętany, wyskoczył na korytarz i nie zobaczył nikogo.
Jego wzrok przyciągnęła figurka cofająca się z kawałkiem ściany. Podbiegł do figurki i pociągnął ją do siebie. Za posążkiem znajdowało się wejście. Bez wąchania wszedł w półmrok. Schodki prowadziły w dół wijąc się jak serpentyna, było wąsko ale ściany nie krępowały ruchów. Odgłos kroków dobiegał z dołu. Kalif zaczął biec, najpierw powoli, a po chwili gnał na złamanie karku.
Wbiegł do niedużego pomieszczenia oświetlonego pochodniami.
W pomieszczeniu znajdowało się dużo klamotów jakieś beczki, skrzynki i stare meble.
Zza starej szafy wyskoczył Siriusz w ustach miał dmuchawkę, nabrał powietrza i strzelił w stronę Kalifa.
Wokół Kalifa wszystko zwolniło. Płomienie prawie stanęły w miejscu, cienie na ścianach zwolniły, prawie znieruchomiały. Mężczyzna powoli odciągał dmuchawkę od ust.
Niewielka strzałka szybko płynęła w stronę głowy Kalifa.
Łowca bez najmniejszego trudu uchylił się przed strzałką, wyciągnął szable i wszystko nagle przyśpieszyło.
- Nie ma tu żadnego okna - powiedział Kalif patrząc w oczy zabójcy - jak ty teraz uciekniesz?
- Nic ci nie zrobiłem! - wrzasnął - czego ode mnie chcesz.
- Mi faktyczni nic, ale zabiłeś Sakie - wymierzył szable w twarz Siriusza - na czyje polecenie?
- Na niczyje.
Łowca kopnął zabójcę w brzuch, ten skłonił się nisko. Potem kolanem uderzył go w twarz.
- Aaaaa!!! - zawył Siriusz.
- Na czyje polecenie?
- Jak powiem to mnie zabiją.
- A jak nie powiesz to ja osobiście wypruje ci flaki - przyłożył szable do jego brzuch i rozciął kawałek koszuli.
- Powiem, powiem!!! - krzyknął.
- Zamieniam się w słuch.
- Gildia złodziei zapłaciła mi za nią - odpowiedział ściszonym głosem.
- A co im się w niej nie podobało?
- Nie wiem, na bogów, nie wiem - powiedział szlochając - płacą mi a ja robię swoje.
Kalif zamachnął się nogą, a zabójca skulił się jak pies przy ścianie.
- Nie bij mnie! - krzyknął - przecież wszystko ci powiedziałem.
- Wiesz, co jak na ironie jesteś cholernie mało odporny na ból - uśmiechnął się do zabójcy.
- Odpieprz się - rzucił.
- Miałem cię zabić, zaraz potem jak wyciągnę z ciebie informację, ale jesteś tak żałosny, że szkoda brudzić żelazo - powiedział i schował szable.
Kalif odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia. Usłyszał metaliczny dźwięk za sobą. Instynktownie wyciągnął nóż i odwrócił się, zobaczył stojącego zabójcę z nożem. Zabójca zamachnął się i nóż utkwił mu w czole, padł na klepisko z nożem sterczącym z głowy. Kalif podszedł do ciała wyszarpnął nóż. Obtarł go o stygnące ciało Siriusza czy Siliusza i rozejrzał się w poszukiwaniu innego wyjścia. Długo nie musiał szukać, jak na każde dobre tajne przejście przystało znalazło się i zapasowe wyjście.

Było już bardzo późno, kiedy Martin wracał do swojego pokoju. otworzył powoli drzwi i wszedł do środka.
- No w końcu jesteś, już myślałem, że się nie doczekam - powiedział Kalif stojąc przy oknie.
Martina serce prawie wyrwało się z piersi.
- Kurwa - zaklął - czy ty nie możesz wejść jak człowiek.
- Za dużo świadków.
- Pójdę odpalić lampkę - powiedział złodziej i wyszedł na korytarz.
Odpalił lampkę od lampy na korytarzu.
- Złapałeś go? - Martin postawił lampkę na stole.
- Złapałem.
- I co?
- I nic.
- Powiedział, co wiedział?
- Tak.
- Puściłeś go? - popatrzył na Kalifa.
- Chciałem, ale nie dał mi wyboru - łowca popatrzył za okno.
Martin wstał i podszedł do łóżka.
- Kiedy spotkasz się z Diakonem?
- Właśnie wracam ze spotkania - odparł Kalif - powiedział, że odwali się ode mnie, ale w Midgarze nie mam już, czego szukać.
- Kiedy wyjeżdżasz?
- Jutro, skoro świt.
- Idę spać - Martin naciągnął na siebie koc.
- Też się chyba już położę.

Słońce wstało nad Midgarem, budząc miasto do życia. Żółto-pomarańczowe promienie wschodzącego słońca rozlały się po dachach i murach kamienic.
Martin obudził się o świcie. Wstał, przeszedł do drugiego pokoju i zobaczył, że Kalifa już nie ma. Podszedł do okna i zapatrzył się w poranne niebo.
- Niech bogowie mają na ciebie oko - powiedział cicho i zamknął okno.



KONIEC


Sebastian Płocki

Dowcip z górnej półki (4)

Wyścig kolarski...
Jadą...
Na trasie wielka plama oleju niewiadomego pochodzenia...
Rosjanin wyjeżdżajac zza zakrętu z gromkim okrzykiem pędzi na spotkanie matuszki ziemi. Niemiec atakuje kierownicę roweru, bierze szturmem i przelatuje nad nią i po krótkiej solidnej walce grzmoci o ziemie. Anglik ze stoickim spokojem flegmatycznie zsuwa się ze swojego roweru i zajmuje pozycję horyzontalną pod kołami swojego bicykla, następnie francuz jak na prawdziwego kochanka przystało, chwilę balansuje wyprostowany po czym pada brzuchem na wyczekującą go tęsknie ulice. Wszyscy dają pokaz prawdziwie sportowej determinacji, walki i fantazji, tylko Polak wyjeżdżając jako jeden z ostatnich wziął i się zwyczajnie wypierdolił...

Tapeta na nowy tydzień (49)


Rozdzielczość: 1600x1200

28 listopada 2008

Literacko - "Zabójcy i złodzieje" cz V

W sali było prawie ciemno. Przez szpary w okiennicach ostrożnie wdzierał się świt. Tylko przy jednym stoliku paliły się świeczki, a właściwie dopalały się.
Przy stoliku tym siedział Martin z ręką na temblaku i Mea słuchająca jego opowieści.
- Stojąc na skraju lasu, chciałem wrócić - powiedział złodziej - ale bałem się, że mnie zabiją, a zabili pewnie Kalifa, nie mógł tego przeżyć. Rzucili się na niego jak wilki z tymi swoimi włóczniami.
- Dotarłem w końcu do Midgaru i udałem się do medyka - ciągnął - żeby opatrzył mi rany, ale cały czas myślałem o nim i o tym czy dobrze zrobiłem zostawiając go tam.
- Z tego, co mówisz wynika, że potrafi zadbać o siebie - odpowiedziała ciepłym głosem - może udało mu się jakoś wybrnąć z opresji.
- To graniczyłoby z cudem - odparł, a iskierka nadziei zaświeciła się małym blaskiem w duszy.
- Cuda się zdarzają - dodała nachylając się nad stolikiem.
Pocałowała go w czoło.
- Jestem zmęczona - powiedziała wstając - idę się położyć.
- Ja też już pójdę - odrzekł - co tu będę tak sam siedział.

Martin otworzył drzwi do swojego mieszkanka i wszedł do środka. Promienie słońca leniwie wdzierały się do mieszkania. Ktoś stał przy oknie.
- Kto tu jest? - zapytał niepewnym głosem.
Postać powoli podeszła do stolika. Był to Kalif. Na twarzy miał kilka siniaków i paskudną ranę na policzku.
- Żyjesz? - zapytał wystraszony.
- Żyje.
- Nieźle oberwałeś.
Kalif usiadł przy stole.
- Było ich za dużo, a połowa tego motłochu, co ich wypuściliśmy rozpierzchła się w jednej chwili, a druga poległa i zostałem sam - zacisnął zęby i pomasował się po policzku.
- To cud, że żyjesz.
- Chyba masz rację - Kalif wstał i rozejrzał się po pokoju - masz tu jeszcze moje rzeczy?
- Zaraz sprawdzę - wstał i pobiegł do drugiego pokoju.
Po chwili wrócił taszcząc szable, pasy i torbę.
- Chyba wszystko jest - powiedział.
Kalif założył pasy z szablami i pas z nożami, pogrzebał trochę w torbie i wyciągnął niewielki kawałek szmatki i zaczął czyścić szable.
- Jak ci się udało przeżyć? - zapytał siadając przy stole.
- Opowiem ci jak było, ale przynieś coś do picia.
Martin skoczył do drugiego pokoiku i przyniósł butle wina i kubki, usiadł przy stole i nalał wina.
- No to mów.
- Jak uciekłeś, jeszcze przez chwilę dawaliśmy sobie radę, ale potem zaczęli spychać nas w stronę muru - pociągnął z kubka - więźniowie powoli ginęli dźgani włóczniami. Potem dostałem czymś w twarz i straciłem przytomność.
- Chyba od tego masz tą szramę - Martin pomasował bolące ramie.
- Możliwe - powiedział, odłożył szablę na stół i wyciągnął drugą z pochwy.
- Paskudna sprawa - zapatrzył się na ranę - co było dalej?
- Obudziłem się jasnym, niedużym pomieszczeniu przywiązany do krzesła. W sali oprócz mnie była jeszcze jedna osoba. To był facet, krótko przystrzyżony o ostrych rysach twarzy, ubrany był w dziwny strój; białą luźną koszulę i czarne chyba jedwabne spodnie, za szerokim czarnym, skórzanym pasem zatkniętą miał długą katanę w misternie wykonanej pochwie. Na ramionach narzuconą miał czerwoną pelerynę ze stojącym kołnierzem, sięgającą do samej podłogi, zapinaną pod szyją na złoty łańcuch. Na pelerynie miał dziwny znak, chyba symbol Diakonów.
Kalif upił kilka łuków wina.
- Mężczyzna wyglądał bardzo dostojnie i groźnie - łowca wstał od stołu i podszedł do okna - powiedział, że już dawno bym nie żył, ale jestem mu potrzebny. Wiedział, że znaleźliśmy dziwną kulę. Nazywał ją "przekaźnikiem". Za pomocą tego przekaźnika byli w stanie zlokalizować miejsce naszego pobytu, nie wiem jak to możliwe. Pytał, dlaczego zabiliśmy Sakie. Kiedy powiedziałem mu, że to nie my ją zabiliśmy nie chciał mi wierzyć. Potem wysondował mi umysł, cholernie to nieprzyjemne, mdli mnie na samą myśl.
- W końcu powiedział, że daruje mi życie, jeżeli dowiem się na czyje polecenie zabili Sakie - popatrzył na Martina - a przy okazji mogę się nie krępować i zarżnąć tego, który ją zabił.
- Mam się z nim później spotkać - dodał - jak się czegoś dowiem.
- To znaczy, że ona - przyciszył głos Martin - naprawdę była szpiegiem.
- Na to wygląda - Kalif skończył czyścić szablę i zabrał się za noże.
- Nigdy bym nie podejrzewał.
Kalif podszedł do stołu, usiadł, pociągnął kilka łyków.
- Dlaczego nie uciekniesz? - złodziej zapytał ale chyba znał odpowiedz.
- Jeżeli teraz uciekną to już zawszę będę musiał uciekać - zapatrzył się w stół - jeżeli spróbuje ucieczki, to każdy łowca, hulaka i cholera wie kto jeszcze, będzie wiedział jak wyglądam i ile płacą za moją głowę. Ten gość to Mortyfikator Diakonów, zabójca na usługach Kardynała. Ma władzę i pieniądze.
- Na rany bogów! - prawie podskoczył - nikt jeszcze nie przeżył spotkania z Mortyfikatorem, podobno w walce jest niezrównany i zna tajniki magii. Jest niepokonany.
- Też tak słyszałem.
- Ale zaraz, zaraz - wstał i zaczął chodzić po pokoju - jeżeli jest taki niepokonany i w ogóle nikt mu nie może podskoczyć, to po jaką cholerę ty jesteś mu potrzebny?
- Szczerze powiedziawszy to nie mam pojęcia - zrobił dziwną minę - ale on powiedział, że ma w tej chwili ważniejsze sprawy na głowie. A poza tym są inne powody, o których nie muszę nic wiedzieć.
- Wydaje mi się, że coś go łączyło z Sakią - Kalif popatrzył na Martina , który wykonał kilka szybkich ruchów biodrami - chyba nie tylko to.
- Co może być więcej? - zdziwił się złodziej.
- Chyba jakieś uczucie.
- Nie żartuj Mortyfikator nie ma serca, a jeżeli już to z kamienia.
- Jakoś dziwnie się o niej wyrażał, tak ciepło. Zresztą wydaje mi się, że to jest bardziej prywatna sprawa niż oficjalne zlecenie. Na pewno nie chce, żeby ktoś się dowiedział o jego romansie. Reputacja poleciałaby mu na pysk jak nic.
- Jak masz znaleźć tego zabójcę?
- Tego właśnie mi nie powiedział - napił się wina, odłożył noże i schował szmatkę do torby.
- I co masz zamiar zrobić?
- Wpadłem na pomysł, żeby zapytać Grega, on powinien wiedzieć, kogo wpuścił do gabinetu szefowej.
- Jeżeli ten ktoś nie przyszedł tak jak my wyszliśmy.
- Racja.
Martin podszedł do łóżka stojącego pod oknem i położył się.
- Muszę się położyć, jestem zmęczony - nakrył się pledem - tobie też przydałoby się trochę snu. Rano i tak nie dobudzisz Grega.
- Masz rację - Kalif poszedł do drugiego pokoju.

Było późne popołudnie, w pokoju było duszno. Martin obudził się pierwszy.
- Wstawaj chłopie - szturchnął Kalifa - bo ci oczy zgniją do tego spania.
Łowca podniósł się z barłogu, pozbierał swoje manele i broń.
- Może coś zjedzmy przed wizytą u Grega - powiedział Martin i poprawił opatrunek.
- Pójdziesz ze mną? - zapytał łowca.
- No jasne, ja cię w to wplątałem i pomogę ci się z tego wyplątać - odparł i skierował się do wyjścia - a teraz chodźmy, zgłodniałem od tego spania.
- Faktycznie burczy mi w brzuchu - odparł Kalif.
Zeszli na dół do karczmy, która znajdowała się na parterze. Stali bywalcy siedzieli już na swoich miejscach. Nowi goście tłoczyli się przy barze w oczekiwaniu na swoje zamówienia.
Martin z Kalifem usiedli w rogu i zjedli porządny obiad, zapili to wszystko piwem.
Kalif zapłacił za posiłek i wyszli z karczmy.

cdn.

27 listopada 2008

Literacko - "Zabójcy i złodzieje" cz IV

Szczur przebiegł po podłodze i zniknął gdzieś w stercie przegniłej słomy. Powietrze było aż gęste od wilgoci, smrodu i stęchlizny.
W celi panował półmrok, tylko niewielki promyk porannego słońca niechętnie wpadł do środka przez maleńki świetlik pod sufitem.
W celi, pod ścianą, na przeciwko drzwi, siedziały dwie osoby.
Mniejszy z nich miał zawadiacki wąsik pod nosem i spuchniętą gębę, a drugi miał długie włosy i szlag go trafiał.
- No to wpadliśmy - zaskomlał złodziej - zabiją nas.
- Najprawdopodobniej tak, jak nie dasz mi pomyśleć - odparł.
- Widzieliśmy zabójcę Sakii - powiedział - widzieliśmy kulę, przeczytałeś list.
- No, mają wystarczająco dużo powodów - rzekł i spojrzał na Martina - a my nawet nie wiemy, kim oni są.
- Gówno mnie to obchodzi - powiedział Martin.
- A mnie trochę bardziej - odparł.
- Nie chcę umierać, jestem jeszcze młody - mówił przez łzy - nie mam żony ani dzieci
- Ale mógłbym mieć - dodał szybko.
Z korytarza dobiegł odgłos kroków. Ktoś podszedł do drzwi, usłyszeli odgłos odsuwanego rygla. Drzwi otworzyły się na korytarz i stanął w nich ten sam wielki drab, którego widzieli w nocy.
Za nim stało jeszcze dwóch z kuszami.
- Wyłazić - powiedział wielki - tylko bez kawałów, bo pożałujecie.
Wielki wszedł z jednym kusznikiem do środka, a drugi został na korytarzu. Kalif posłusznie wstał i ruszył w kierunku wyjścia. Martin ruszył za nim. Łowca przepuścił go pierwszego przez drzwi. Przeszedł przez nie, błyskawicznie zatrzasnął za sobą.
- Zasuń rygiel!!! - krzyknął i skoczył w kierunku kusznika. Szczęknęła cięciwa.
Bełt świsnął Kalifowi koło głowy i poleciał w głąb korytarza. Poczuł bolesne pieczenie z boku głowy, ale nie wybiło go to z rytmu. Wpadł na strażnika i przewrócił go, uderzył go pięścią w twarz, a wstając kopnął go na pożegnanie
- Wiejemy - powiedział odwracając się do Martina.
Ucho krwawiło jak cholera, ale nie przeszkadzało mu to w niczym, no może poza tym, że słabiej słyszał, bo krew dostała się do środka.
Biegli długim dość szerokim korytarzem, oświetlanym przez pochodnie przytwierdzone do ścian.
Ściany były murowane z czerwonej cegły, miejscami tynkowane. Co krok mijali drzwi od jakiś cel.
- Otwieraj drzwi do cel! - krzyknął Kalif.
Martin długo się nie zastanawiał, podbiegł do najbliższych drzwi i odsunął zasuwę, potem następną i następną. Z cel za nimi zaczęli wychodzić więźniowie.
- Otwierajcie cele! - krzyknął do nich Martin.
Więźniowie z euforią zaczęli wybiegać z cel i otwierali kolejne cele.
W tym czasie Kalif z Martinem dobiegli do pomieszczenia strażników, które mieściło się na końcu korytarza. Było dość niewielkie pomieszczenie, naprzeciwko wejścia znajdowały schody prowadzące na górę. Zabrali ze stróżówki miecze i kuszę z kilkoma bełtami.
- Wiesz jak się z tego strzela? - zapytał łowca.
- Wiem, nie tylko potrafię kraść - odparł.
Wziął kuszę i bełty, naciągnął ją i zarepetował bełta. Kalif zakręcił młynka mieczami.
- No to idziemy - powiedział łowca. I poszli w górę schodów.
Za nimi szli więźniowie, trzymając w rękach, co popadnie; pochodnie, kawał żelaza, z rzadka jakiś miecz. Było ich około dwudziestu. Po kilkudziesięciu stopniach schody gwałtownie skręcały w lewo i kończyły się wielkimi okutymi drzwiami.
Kalif złapał za wielką żelazną klamkę i pociągnął. Drzwi nie ustąpiły.
- Cholera, zamknięte - powiedział.
- Może zapukamy? - zapytał Martin.
- W głowę się popukaj lepiej.
- Czekaj, czekaj może to nie głupi pomysł - dodał.
- Czekam, czekam - popatrzył w oczy Kalifa.
- Powiem, że prowadzę więźniów, a jak otworzą drzwi ty strzelisz do pierwszego, który się nawinie - powiedział - dasz radę?
- Postaram się - odparł podnosząc kuszę do ramienia - a co ty będziesz wtedy robił?
- Mam nadzieje, że kogoś zabiję, jak nie będzie nic lepszego do roboty - odparł, uśmiechając się.
Wziął głęboki wdech i zapukał.
- Czego? - odpowiedział ktoś zachrypniętym głosem.
- Prowadzę więźnia - powiedział zniżonym głosem Kalif.
- Właź - odpowiedział.
Trzasnął zamek w drzwiach i powoli zaczęły się one otwierać. Kalif z całej siły kopnął w drzwi, które z impetem się otworzyły, usłyszeli głośny huk i jęknięcie strażnika. Ich oczom ukazało się niewielkie pomieszczenie oświetlone przez pochodnie i niewielki kandelabr zwisający z sufitu. Po lewej przy ścianie stał stojak z bronią. Na środku sali stała zastawiona jadłem ława, przy której siedziało trzech strażników. Za ławą dostrzegł wąskie drzwi.
- Strzelaj! - krzyknął łowca i odskoczył w głąb sali.
- ALARM!!! - wydarł się jeden ze strażników.
Szczęknęła cięciwa i najbliższy z biesiadników osunął się na podłogę z bełtem sterczącym z piersi. Strażnicy cofnęli się za stół. W tym samym czasie Kalif wyciągnął dwa miecze ze stojaka i stanął z nimi w dłoniach. Popatrzył z pode łba na przeciwników i rzucił się na nich jak wygłodniały tygrys na kurczaki. Do salki w tym czasie wsypali się więźniowie i zajęli się strażnikiem leżącym za drzwiami.
Kalif obszedł stół z prawej i zaatakował strażnika mierząc w głowę. Strażnik sparował cios mieczem. Łowca wymierzył mu solidnego kopniaka w brzuch. Przeciwnik złożył się jak scyzoryk i wypuścił oręż i nie miał prawa uniknąć następnego ciosu i nie uniknął. Ostrze zagłębiło się w plecy ofiary. Drugi strażnik wykorzystał moment nieuwagi Kalifa i zamachem godnym górskiego trolla wymierzył cios w łowcę. Kalif błyskawicznie odbił cios drugim mieczem, aż iskry poleciały w powietrze razem z bronią. Wyszarpnął zakrwawiony miecz z pleców pierwszego strażnika i z impetem wbił go w brzuch napastnika. Strażnik jęknął i padł jak długi na podłogę. Więźniowie przestali okładać nieruchome już ciało odźwiernego. Kalif zobaczył Martina trzymającego się za rękę.
- A niech to szlag! - wrzasnął Martin trzymając się za ramie - dostałem !
- Dostał mieczem odbitym przez ciebie - jeden z więźniów odwrócił się do łowcy.
- Krew by to nagła zalała! - rzucił zdenerwowany - niech ktoś mu opatrzy tą ranę.
Kalif rozejrzał się po sali i podniósł drugi miecz. Koło niewielkich drewnianych drzwi na kołku wisiał pęk kluczy.
Zabrał je z haka i otworzył drzwi. Wąski korytarzyk prowadził na dziedziniec.
Rozpadało się jak cholera, małe potoki wody błądziły bez większego celu po brukowanym podwórzu otoczonym zabudowaniami. Po lewej stronie znajdowała się wielka brama, a na przeciwko stajnie.
Na dziedzińcu przywitało ich kilkunastu strażników z włóczniami i dwóch z kuszami.
- Jak się zacznie to uciekaj - szepnął Kalif do Martina - słyszysz?
- Słyszę - odszepnął.
Jeden ze strażników wyszedł dwa kroki przed szereg.
- Poddajcie się - powiedział - tak będzie dla was lepiej.
- Niewiele lepiej - dodał inny.
- Ale zawsze lepiej - dorzucił pierwszy kiwając głową.
- Po moim trupie - powiedział jeden z więźniów.
- To się da załatwić! - krzyknął strażnik stojący na przedzie.
Kalif ruszył pierwszy, a za nim ruszyła reszta. Szczęknęły kusze.

...- Pamiętaj to jest twój ostateczny test - powiedział starszy mężczyzna ubrany w dziwne powłóczyste szaty, trzymał w rękach łuk - jeżeli ci się nie uda to zginiesz, a co za tym idzie okaże się, że zmarnowałeś mój czas.
Stali na niewielkiej polance w środku lasu.
- Pamiętaj to jest impuls, musisz go tylko wyzwolić - starzec podniósł łuk, nałożył strzałę i naciągnął cięciwę, mierząc w Kalifa - nie można spowolnić czasu, to niemożliwe, ale można przyśpieszyć siebie. To potrafisz...

W mgnieniu oka wszystko dookoła Kalifa zwolniło. Krople deszczu prawie zamarły w bezruchu. Zobaczył jak dwa bełty zbliżają się do niego. Leciały szybko, ale nie dość szybko żeby nie mógł ich odbić i zrobił to o dziwo, odbijając je dwoma mieczami jednocześnie. Kalif spowolnił swoje odruchy. Świat momentalnie przyśpieszył.
Strażnicy pootwierali gęby i cofnęli się o kilka kroków.
- Brać go - powiedziała postać, która w tej chwili pojawiła się na niewielkim balkoniku na stajnią.
Strażnicy rzucili się na więźniów i Kalifa, Martin w tym czasie puścił się pędem w stronę bramy. Kalif uwijał się jak w ukropie parując, unikając i atakując z nieludzką zaciekłością.
Więźniowie jednak okazali się marnymi wojownikami. Część walczyła, ale większa część poszła w ślady Martina i rzuciła się do ucieczki.
Martin za bramą odwrócił się jeszcze i zobaczył, że strażnicy zaczęli zyskiwać przewagę.
Za bramą rozciągał się las skąpany w strugach deszczu nieprzerwanie padającego od niewiadomo, kiedy. Po chwili po Martinie nie zostało ani śladu...

cdn.

25 listopada 2008

Literacko - "Zabójcy i złodzieje" cz III

Martin mieszkał w dzielnicy portowej. Było już bardzo późno, kiedy dotarli do jego mieszkania.
- Cholera, co się dzieje, kto to był - powiedział zdenerwowany Martin - co ona takiego zrobiła.
- Może dowiemy się czegoś z listu, który znalazłem w tubie? - zapytał Kalif.
- Przyniosę wino - powiedział.
Kalif wyciągnął list i zaczął czytać. Z tuby wyleciała też kula wielkości pięści z kolorowymi nitkami w środku.
Po kilku chwilach przyszedł Martin niosąc ze sobą antałek wina, kubki, chleb i smalec. Usiedli przy niewielkim drewnianym stoliku. Kalif nalał wina i zabrali się za jedzenie.
- Znalazłem też dziwny kamień w tubie - powiedział łowca - wygląda jak kula i ma w środku dziwne kolorowe nitki.
- Pokaż - powiedział i wziął kulę do ręki - trochę się znam na błyskotkach.
Martin wziął do ręki dziwny klejnot i zaczął go oglądać.
- Z tego listu wynika, że twoja znajoma była szpiegiem - Kalif podniósł wzrok na kompana.
- To niemożliwe - odparł - Sakia nie mogłabyś szpiegiem.
- Pracowała dla Diakonów - dodał łowca
- O bogowie to niemożliwe - powiedział ściszonym głosem.
- Napijmy się - Kalif nalał wina do kubków - niech jej ziemia lekką będzie.
Wznieśli toast i wypili. Kalif prawie się zadławił, kiedy zobaczył, że klejnot zaczyna migotać a po kolorowych nitkach w środku kuli przemieszczają się malutkie iskierki.
- BZZZZ, BZZZZ - odgłos wydobył się z kryształu i brzmiał jak tarcie pilnikiem kowadła.
- BĘDZIE PRZEKAZ - kula zaświeciła niebieskim światłem - PODAJ HASŁO.
- Hasło? - oboje zrobili głupie miny - jakie hasło?
- SAKIA RUSZ SWOJĄ ŚLICZNĄ DUPKĘ - zaskrzeczała kula - SŁYSZYSZ MNIE?
Oboje jak zaczarowani siedzieli i wpatrywali się w kulę.
- CO SIĘ TAM DO CHOLERY DZIEJE? - kula zamigotała, zmieniła kolor na zielony.
Nad kulą zmaterializowało się niewielkie oko. Kalif i Martin pootwierali gęby ze zdziwienia.
- KIM JESTEŚCIE!?! - kula zmieniła kolor na czerwony - GDZIE SAKIA???
- Sakia nie żyje - powiedział drżącym głosem Martin.
- I WY TEŻ DŁUGO NIE POŻYJECIE!!! - kula zrobiła się tak jasna, że musieli zasłonić oczy dłońmi, po czym blask zgasł.
- Co to było? - zapytał Kalif
- Chyba jakiś przekaz - odparł Martin - cholera wie.
Kalif wsadził klejnot do tuby a list spalił nad świeczką.
- Musimy się tego pozbyć - powiedział
- Jutro utopimy to w rzece, a na razie musimy się wyspać.


Ktoś był w pokoju, Kalif obudził się, ale nie otwierał oczu. Czekał aż intruz zrobi krok w jego stronę.
W pokoju było ciemno, tylko blask księżyca wpadający przez okno oświetlał pomieszczenie bladą poświatą.
Usłyszał delikatne skrzypnięcie podłogi przy łóżku.
- Kalif uważaj! - krzyknął Martin trzymany przez wielkiego draba.
Otworzył oczy i zerwał z siebie kołdrę, po czym kopnął postać, która pochylała się nad nim. Intruz zatoczył się i cofnął w stronę okna. Łowca zerwał się na równe nogi, błyskawicznie podbiegł do napastnika, obrócił się i z niewiarygodną prędkością kopnął postać w twarz.
Intruz wyleciał przez okno razem z kawałkami szkła i odbił się od muru na przeciwko, po czym z fragmentami tynku wylądował z hukiem na uliczce.
- Nie ruszaj się, albo ten zginie - powiedział duży, trzymając wielkimi łapami szyję Martina.
Zza wielkiego draba wyszła niewielka zakapturzona postać i stanęła naprzeciw łowcy.
- Niezły popis - powiedziała postać kobiecym głosem - ale wystarczy tej kopaniny.
- Czego od nas chcecie? - zapytał Kalif patrząc, to na kobietę, to na wielkiego.
Kobieta zdjęła kaptur i popatrzyła na Kalifa. Miała białe włosy, które sięgały jej za ramiona.
- Dowiesz się w swoim czasie - powiedziała kobieta.
Uniosła ręce do góry i wyszeptała kilka słów. Kalif poczuł się senny, zatoczył się i upadł.
A potem zasnął.

cdn.